… Wasz dom wschodni,
nasz dom zachodni.
…
Jak niezwykle toczą się losy polskiej rodziny ze Stanisławowa! Janina, rodowita lwowianka, pozostawała ze swoją córką Wandą w dziwnym kontrapunkcie. Wychowywała córkę na religijną patriotkę, a ona, nauczycielka z pierwszą lokatą w Kolegium Nauczycielskim, redagowała jakieś dziwne gazetki. Gdyby to jeszcze o Piłsudskim! Janinę niepokoiła samodzielność Wandy, w duchu obawiała się jej staropanieństwa. Władysław, mąż Janiny i ojciec Wandy, dołączył do armii Andersa i po wojnie został na Wyspach, skąd nie dawał znaku życia. A one, osiedlone w zrujnowanym Wrocławiu, cierpliwie budowały swój świat. Przy odbudowie szkoły Wanda poznała Stefana, repatrianta spod Wilna, pochodzącego z Tatarów litewskich, i wkrótce przedstawiła go matce. Młodzi pobrali się i niedługo przyszła na świat ich córka, a potem syn. W mieszkaniu w wielkiej wrocławskiej kamienicy zajmowali wszyscy dwa pokoje, gdzie obrusy i sztućce z nierozszabrowanego kredensu były tak starannie poukładane ręką niemieckich właścicieli, że zdawały się jeszcze ciepłe. Janina zresztą zawsze uważała, że z tego kredensu bił dziwny zapach: starego drewna, wanilii i kurzu. Zaczęła pracę w administracji budynków i była nawet dwa razy w sanatorium w Polanicy. Dlatego zamieszkał z nimi Józef. Było biednie, ale dzieci rosły, zaś orzechowy poniemiecki zegar cicho odliczał godziny ich spokoju swoją ozdobną wskazówką. Jednak latem 1955 roku niespodziewanie uderzył do ich drzwi krótki dzwonek, dwa razy, raz po raz. Janina podeszła więc szybkim krokiem. Stał tam Władysław, jakby dwadzieścia lat starszy, ale to on! Janina otworzyła szeroko oczy i wyszeptała:
– Byłam w Polanicy.
Na co Władysław odpowiedział, wcale nie zaskoczony:
– Bad Altheide?
Usłyszawszy tę rozmowę, Józef wyszedł na korytarz i rzekł krótko:
– Ja. – ponieważ w czasie okupacji pracował przez jakiś czas jako stróż nocny w hotelu w Wambierzycach i liznął trochę niemieckiego.
Usiedli wszyscy przy stole: Janina, Władysław, Józef, Wanda, Stefan i dwójka dzieci.
– Muszę wam coś wyznać – powiedział Władysław. – Wando, masz brata Winstona, ma 10 lat i mieszka ze swoimi dziadkami w Glasgow. Jego mama, Diana, nie żyje.
– Dlaczego tu wróciłeś? – spytała Wanda.
– Bo nie mogłem spiłować ich szkockiego akcentu – odparł.
– Wiem, pamiętam, znasz języki – odezwała się Janina, a po chwili zaczęła mówić:
– Więc jesteśmy rodziną patchworkową, która rozpięta między dalekim Wschodem a obiecanym Zachodem spotkała się tu, dobry Wrocławiu, sam będący Wschodem Zachodu i Zachodem Wschodu dla tylu pokoleń, co jak w dawnej Rzeczypospolitej spotykają się dziś w tyglu: w poniemieckim mieście polska rodzina z polsko – tatarskimi dziećmi, a pamiętajmy, że Tatarzy litewscy byli dobrze zasymilowani, do których dołącza mały Winston, który choć nie rozumie mowy swojego ojca, to na pewno znajdzie wspólny język z jego wnukami. Ile narodowości, ile kultur, ile wyznań!… A skoro Szkot, to katolik? – zwróciła się do Władysława.
– Nie, anglikanin – ten odparł.
– Jak ten heretyk Henryk? Dlaczego mu nie zaszczepiłeś?
– Bo Diana była anglikanką z zamożnej rodziny.
– No, wiesz, wpierw zasady, potem pieniądze i własna wygoda… Ale, mimo tych niedogodności, otwiera się w ten sposób nowa karta narodowej epopei, choć z szkockim akcentem.
– Łatwo tu o pracę? – spytał Władysław.
– Tak, to wielkie miasto – rzekł Stefan.
– Jakie to miasto? – ponownie zapytał Władek.
Z zamglonymi oczami jakby myśląc o czymś innym Stefan odparł:
– Miasto spotkań.
– Masz rację – powiedziała Janina.
– Mam rację? Wiem to od dawna – powiedział Stefan.
Władysław milczał.
