Molo

Na białym molo lody, kawa,
hałas morza, ludzka wrzawa,
przeplatane krzykiem mew.
Siedzę tyłem do słońca,
fala o pomost trąca
i rzucam cień.
Rzucam cień na szare deski
i granatowo – niebieski
spieniony płaszcz.
Cichych i krzyczących
spacerowiczów i kąpiących
ciała smaga wiatr.
A ja bym chciała suchą nogą
przejść nad wielką czarną wodą,
lecz zawsze wracam na stały ląd,
dać poprowadzić się syrenom,
a wodnooki Kapitan Nemo
naprawi każdy błąd.
Piętrowy liniowiec,
nadęty żaglowiec
obrały inny kurs.
Przyjazne statki rzadko płyną,
więc ufać trzeba delfinom,
by zły ominąć nurt.
Siedzę na białym molo,
zmęczone oczy bolą
jak od blasku szkła.
Z mewami nad głową
oddycham wodą z solą
i już kończy się dzień.
Stoję na białym molo,
ale to ślepy pomost,
więc długi rzucam cień.